niedziela, 14 grudnia 2008

48. Sklep z dopalaczami czyli Natalia Oreiro a sprawa polska

Byłem w tym tygodniu w sklepie z dopalaczami. Wstąpiłem tam na chwilę idąc kochanym lubelskim deptakiem przyjemną, jesienną, słoneczną wczesnopopołudniową porą do pracy. Była godzina 14.03. Sklep powinien być już otwarty ale nie był. Stojący pod drzwiami zakapturzony, niechlujny i ledwo trzymający się na nogach koleś wydusił z siebie słowa: "zaraz otworzą". Faktycznie, po chwili młodzi sprzedawcy otwarli drzwi. Wszedł koleś, po nim jakieś dwie inne młode osoby, potem ja a po chwili cała masa innych ludzi którzy pojawili się nagle niewiadomo skąd. Sklep nieduży ale towaru sporo. Widząc rzeczy znajdujące się na półkach, opatrzone naklejką z napisem "produkt nie nadaje się do spożycia przez człowieka", przyszło mi do głowy jedno wrażenie. Argentyńczycy zwykli mawiać o Natalii Oreiro: może jest ładna a może brzydka, może mądra a może głupia, występuje tu u nas w naszych argentyńskich telenowelach i bawi się w naszej stolicy Buenos Aires, ale to dobrze że jest z Urugwaju. Co do sklepu z dopalaczami: może jest bardzo zły a może średnio zły (na pewno zły), może ciekawy a może nudny, może drogi a może tani. Ale lepiej żeby był w Holandii a nie tu u nas.

ps. we wpisie nr. 42 głęboko komentuję głęboki komentarz czytelnika mojego bloga
wpis 40 - ceny wynajmu mieszkań w Polsce
wpis 36 - moje przemyślenia nt. wypalenia zawodowego (dopóki... )