środa, 24 grudnia 2008

55. Wigilia Bożego Narodzenia


Przypominam sobie moje ubiegłoroczne święta Bożego Narodzenia które spędziłem w szpitalu. Przez kilka tygodni nie mogłem prawie nic jeść. Codziennie mierzenie temperatury o 5 rano, kroplówki, wenflony, zastrzyki i leżenie na łóżku non stop. W wigilijny wieczór oddział opustoszał, zostało tylko kilku pacjentów, w mojej sali oprócz mnie tylko jeden, i tylko jedna pielęgniarka gdzieś w jakimś pokoju w głębi szpitalnego korytarza. Pusto, ciemno, cicho. Światła pogaszone, półmrok. Nie było mi smutno, czułem pokój, zwłaszcza że wcześniej odwiedziło mnie jak codzień wiele osób, rodzina, znajomi. Ale zakręciła mi się łza w oku gdy usłyszałem szloch mojego towarzysza z sali, starszego pana w stanie po zabiegu tracheotomii, obłożonego rurami, aparaturą, z wetkniętą sondą pokarmową i nie mogącącego nic mówić, leżącego niemal bezwładnie na łóżku... Świadomość tego, że on już nigdy nic normalnym, silnym głosem nie powie, tak jak mówił zaledwie tydzień wcześniej była w te świąteczne dni końca roku 2007 najtrudniejsza. I dla niego i dla mnie.

Życzę wszystkim, tym którzy rzadziej lub częściej czytują moje elektroniczne zapiski, tym których znam i których nie znam, aby umieli się cieszyć tym, co mają, bo są tacy którzy mają jeszcze mniej albo nie mają nic. Są tacy którzy spędzają te święta w szpitalu albo daleko od domu, od rodziny, od ojczyzny. Są tacy, którzy swojego domu albo rodziny w ogóle nie mają, są tacy co o rodzinnych domowych świętach tylko marzą.

Życzę radosnych, rodzinnych, pełnych pokoju świąt Bożego Narodzenia.